Zapiski przyjaciela collie.

Strzał w dziewiątkę

wtorek, 31 stycznia 2012
Zabawa, zabawą, ale teraz już nie mogę przemilczeć przedziwnej lawiny wydarzeń ostatnich dni.  Wygląda ona niczym nagły zwrot akcji w czasie ostatniej gry w bilarda. 



Gram z fantazją, byle trafić w bilę, a tu nagle wszyscy krzyczą, skaczą, gratulują mi.
- Co się stało? - wołam zdziwona nagłym entuzjazjem pozostałych graczy.
- Kochana, trafiłaś w dziewiątkę!!! Tego jeszcze nikt z nas  dzisiejszego wieczoru nie dokonał.
Tak oto można zostać bohaterem wieczoru, ze świecącym wieńcem na głowie ( link), nie znając zasad gry w bilarda w dziewiątkę "Nine 9 Ball" ( link). To był powalający strzał w dziewiątkę. Moje początki gry w bilarda.


***

Kiedy szukam wśród swojego upasionego archiwum fotograficznego wesołych zdjęć w drodze do działu na bloga Wydeptane słowa, po przebrnięciu kilku lat znajduję wreszcie zdjęcie z sierpnia 2009 z chińczykiem i trzema collie (link). Znalezisko bardzo mnie cieszy. Żeby jednak radości nie było za mało, za chwilę dzwoni telefon, a w słuchawce rozbrzmiewa wesoły głos- Chińczyk zaprasza !! Koniecznie z rodziną i piątką collie.
Chińczyk- chińczyk.

***
Dzisiaj dostałam list, że pisząc o kapuście kiszonej, o przepisie na ciasto Raffaello di Aria ( link), o pasji życia ( link) jednocześnie podałam link do marzycielskiej poczty( link), właśnie wtedy, kiedy był poszukiwany. Zbieżność myśli? Strzał w 9? Wiem, że co niektórym włosy stanęły na grzbiecie bardziej niż przy dzisiejszym 15 stopniowym mrozie. Mnie także,... znowu. 


***

Jak co tydzień jedziemy do Bydgoszczy na warsztaty. W drodze słuchamy płyt amerykańskiego muzyka county Johnny'ego  Casha (ur 26.02.1932- zm12.09.2003). Słuchaliście już jak śpiewa Cash ? To tradycyjna muzyki country, ballady kowbojskie i w stylu country pop, oraz muzyka bliska gospel, spirituals, rockabilly, rock chrześcijański, southern blues i rock and roll. John Cash śpiewał swoim barytonem z muzykami i zespołami tj: Elvis Presley, Bob Dylan, U2, Roy Orbison, Sheryl Crow, Willie Nelson i wielu innych. Dlaczego to piszę? Otóż gdy tego dnia Mikołaj wchodzi na zajęcia do sali słychać piosnekę Boba Dylana.
- O, znam te utwory i lubię- z radością woła Mikołaj do wykładowcy
- Też je lubię, ale wiesz co, przed chwilą słuchałem piosenek Johnny'ego Casha, znasz go?- odpowiada wykładowca.

***

Nie zawsze jednak każda chwila jest przedziwnym strzałem w dziewiątkę. Wczoraj wyszliśmy na spacer. Jest bardzo mroźno, świeci słońce. Wyjmuję aparat fotograficzny, żeby zrobić zimowo- trzcinowe zdjęcia, i co? Następuje prawie jednoczesne włączenie i wyłącznie aparatu. Padła bateria.  Dobrze, że do domu nie było daleko !

Collie: Sunresc Lace CARUSO

"Aria na siedem collie"

niedziela, 29 stycznia 2012
Jeśli szaleć to grupowo ! Z tego właśnie pomysłu zrodziła się "Aria na siedem collie". Istne szaleństwo. Aria to termin muzyczny odnoszący się do formy muzycznej wokalno-instrumentalnej z kantylenowo rozwiniętym głosem solowym. Myśl rewelacyjna tylko, kto zaśpiewa ten głos solowy i kiedy jest punkt kulminacyjny? Jak ustawić zespół, jak zmobilizować artystów, żeby zamiast zabawy wybrali próby?


Dajcie ich od prawej, a resztę podzielmy według skali głosowej! Uwaga jeden zawodnik odmawia śpiewu, nie wiadomo, czemu poległ już na zmrożonej trawie? Czemu oni rozmawiają, szepcząc sobie coś na uszko, tak nie można. Czemu wpatrujecie się w niebo, to próba, trzeba ćwiczyć!


Ciężko ćwiczyć, kiedy po stole grasuje chińczyk, żołądek woła o więcej ryby ( lin na cytrynie pod pierzynką pory ozdobiony rodzynkami), a kanapy wciągają gdy w kinie właśnie grają film "Syn Lassie".  Istna balanga zamiast próby .


Jednak "Aria na siedem collie" to niepowtarzalny utwór muzyczny w naszym wykonaniu ( TOBI Zaciszny Dworek, ARIADNA Collie de la Erica Carnea, Sunresc Lace CARUSO, NEBRA Przyjacielskie Nastawienie, Denfris MAGICAL BLISS, BIG DREAM Grenwood FCI, DELILAH Grenwood FCI)  . Jesteśmy gotowi do występów.


Raffaello di Aria

sobota, 28 stycznia 2012
Jesienią jedliśmy Tobi-sernika (zobacz przepis- Złota collie-jesień), a zimą przyszła pora na Raffaello di Aria. Co do nazwy, to  wiążę się one ściśle z  pierwszym przepisem, bo nie byłoby Tobisia, gdyby nie Aria.  Muszę się przyznać, że nigdy wcześniej nie piekłam tak szybko nowego ciasta według dopiero co zapisanego przepisu. Przyjeżdżamy od naszych przyjaciół do domu, dzwoni telefon, niebawem będą goście. Mając jeszcze smak tego ciasta, nie mogłam upiec nic innego.
Istne szaleństwo: galop do sklepu i ponowny galop do sklepu, mieszanie, pieczenie, ekspresowe studzenie, jak to dobrze, że za oknem lodówka,  wreszcie posypka.

Collie: Od lewej "raffaello" Aria( ARIADNA Collie de la Erica Carnea), od prawej Tobi ( TOBI Zaciszny Dworek)

Raffaello di Aria

Składniki
Ciasto: 2 szklanki maki pszennej, 2 łyżki kakao, 1/2 szklanki oleju, 1 szklanka jogurtu naturalnego, 1/2 szklanki cukru, 2 opakowania cukru waniliowego, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 1 łyżeczka sody,
Krem: 2 tabliczki białej czekolady, 500 ml 30%  śmietany kremówki, 3 paczki fixów do usztywnienia śmietany, 10 dag wiórków kokosowych,
 
Przygotowanie
Ciasto: Dokładnie mieszamy wszystkie składniki ciasta. Ciasto wylewamy na prostokątną blaszkę wysmarowaną olejem i pieczemy około 30 minut w temperaturze 180 stopni.
Krem: Na małym ogniu rozpuszczamy pokruszoną białą czekoladę dodając do niej 100 ml śmietany. Studzimy, wlewamy pozostałą część śmietany, fixy i ubijamy na sztywno. Kremem smarujemy upieczone ciasto, na wierzchu sypiąc wiórkami kokosowymi.


Pasja życia

czwartek, 26 stycznia 2012
Jeśli zapytacie mnie, co dało mi startowanie w konkursie Blog Roku 2011, to powiem ...
Dzięki niemu doznałam wiele życzliwości od Was, dziękuję. 
Odkryłam także niteczkowego bloga "Pani niteczka prezentuje"- Pani Niteczka była motorniczą, aż pewnego poranka straciła pamięć, potem osłabiła się siła mięśni -zachorowała na stwardnienie rozsiane, więc wymyśliła sobie nową formę rehabilitacji - szycie zabawek i tworzenie innych drobiazgów. Teraz to jej nowy sens życia.  (link do bloga)
Zajrzyjcie koniecznie na ten blog, oddajcie głosy w konkursie Blog Roku 2011 ( SMS H00004 nr 7122), może także zapragniecie mieć maskotkę z duszą od Niteczki. Ja jestem nimi oczarowana.


Wydeptane słowa: Wakacje. Gdynia- Orłowo, Sierpień 2009


Na blogu Niteczki znalazłam także linka do Marzycielskiej Poczty ( http://marzycielskapoczta.pl/category/chore-dzieci/), gdzie chore dzieci czekają na listy. Są tam profile ponad 40 chorych dzieci, które kochają dostawać listy i kartki. W każdym profilu znajduje się adres pocztowy dziecka, pod który każdy może napisać. Zajrzyjcie koniecznie, może podzielimy się razem radością.

Jeśli zapytacie mnie, co dało mi startowanie w konkursie Blog Roku 2011 to odpowiem, wiele....

Twój jadłospis

Na lekcji biologii nauczycielka zadała uczniom pracę domową - opisz Twój jadłospis. Następnego dnia na lekcji Mikołaj czyta swoje menu:

Śniadanie- zsiadłe mleko z grzybka tybetańskiego wraz z płatkami i mleko kozie do popicia
Obiad- zupa dyniowa, risotto z dynią, do popicia sok z dyni
Kolacja-...
-Co to jest za jadłospis ?- nauczycielka nie wytrzymała składników  podawanych przez Mikołaja.
- To co mam zrobić? Mam poprawić?

Historię usłyszałam dzisiaj rano przed wyjazdem do szkoły. Zaraz mi się poprawił humor. Jadłospis prawdziwy, a co byłoby gdyby, jeszcze Mikołaj dodał - popijane sokiem z kiszonej kapusty?!!!

Sok z kiszonej kapusty- naukowe badania

poniedziałek, 23 stycznia 2012
Kiedy słyszy się o soku z kiszonej kapusty ogólnikowe stwierdzenia - zdrowy, wzmacniający, oczyszczający, witaminizujący itd, to takie wiadomości, ulatują w morze niepamięci. Kiedy jednak czytamy: zbadane naukowo, potwierdzone, działa na, choruje tyle procent mniej osób, wówczas sprawa robi się poważna. 

***
2002 rok- Naukowcy z Finlandii ( Jokioinen) -  Dr. Eeva-Liisa Ryhänen badała różne związki biologiczne czynne w kapuście, stwierdzając, że procesy fermentacji uwalniają substancje zapobiegające rozwojowi raka, zwłaszcza piersi, okrężnicy, płuc i wątroby. Poddana fermentacji kapusta zawiera substancje zwalczające nowotwory. Naukowcy przeprowadzili badania na zwierzętach, dochodząc do wniosku, że sok z kiszonej kapusty zapobiega rozwojowi raka, w tym zwłaszcza piersi, okrężnicy, płuc i wątroby. Zdaniem naukowców komórki rakowe ulegają samodestrukcji. Badania przeprowadzono na chorych zwierzętach. ( źródło publikacji badań -23 października 2002 w wydaniu Journal of Agriculture and Foof Chemistry

" ...(sok z ) kwaszonej kapusty może być zdrowsze niż kapusta surowe lub gotowane, zwłaszcza dla walki z rakiem" ", Eeva-Liisa Ryhanen,  artykuł Ross Grant HealthScoutNews Reporter "Fermenting Sauerkraut Produces  Stronger Cancer Fighter" 24 października 2002 roku. 

***
2005 rok- USA, University of New Mexico położony w Albuquerque  ( Nowy Meksyk, USA)
Badanie przeprowadzone przez Dorotę Rybaczyk-Pathak profesora na University of New Mexico i Michigan State University wykazały, że kiszona kapusta może zmniejszyć ryzyko raka piersi nawet o 74 procent.  
Badano dlaczego ryzyko raka piersi jest niemal trzykrotnie w polskich kobiet, które wyemigrowały do Stanów Zjednoczonych. Na podstawie setki kobiet polskich i polskiego pochodzenia imigrantów USA zaobserwowano w badaniu, te że, które jedły cztery lub więcej porcji kiszonej kapusty i kapusta na tydzień w okresie dojrzewania były o 74 procent mniej narażone na rozwój raka piersi niż te, które jadły 1,5 lub mniej porcji tygodniu.
Opis studiów: "Wspólne Zrzeszenie kapusta / kapusta kiszona w układzie dolotowym przy 12-13 lat życia i dorosłości z mniejszym ryzykiem raka piersi w polskich migrantów Kobiety:. 
Wyniki komponentu USA Study Polska Zdrowie Kobiety (PWHS)" Dorothy Rybaczyk-Pathak, University of New Mexico, Albuquerque. Streszczenie # 3697, American Association for Cancer Research 4-cia granic rocznego w zakresie badań Cancer Prevention. Sesja Plakatowa C. 07:30, środa, 02 listopada 2005.
Żrodło : American Association for Cancer Research DR Pathak, JP He, J Charzewska (Michigan State University, E. Lansing, MI 48824 and University of New Mexico, Albuquerque, NM 87131, National Food and Nutrition Institute, Warsaw, PL)  

***
2005 rok- Naukowcy z Korei Południowej- Kang Sa-Ouk i inni naukowcy z Seoul National University w Korei Południowej karmione wyciąg z kimchi, pikantnym koreański wariant z kiszonej kapusty, do 13 kurcząt zakażonych ptasią grypą, a tydzień później, 11 ptaków, zaczęła się ożywiać. ( źródło: raport BBC Network , 14.03. 2005). 


***

Siedzę i popijam kolejną dawkę soku z kiszonej kapusty. Mam dwie beczki ukiszonej kapusty, wyciskarkę do soków, dzięki której wyciskam sok z kapusty. Nawyk picia soku z kapusty wszedł mi już w nawyk i mam nadzieję, że w krew!!!!   
Prawidłowa kuracja powinnam wyglądać tak: trzy razy dziennie -pół godziny przed śniadaniem, natomiast po obiedzie i kolacji, pół godziny po jedzenie. Stosuję dawkę pół szklanki soku i pół szklanki wody o temperaturze pokojowej.
Najgorzej jest w moim przypadku co do przyjmowania porannej dawki przed posiłkiem. Stosuję niestety modyfikację -pół godziny po posiłku, wychodząc z założenia, że lepiej później niż wcale. Zasada picia ziół rano przed posiłkiem, a następne dawki po posiłku funkcjonuje w przypadku wielu kuracji.
Sok z kiszonej kapusty ma także związek ze zwierzętami, ponieważ jego skuteczność badano własnie na zwierzętach. Moje collie dostają codziennie 1 łyżkę soku.

Na blogu o kiszonej kapuście




Wydeptane słowa

czwartek, 19 stycznia 2012
Miały być pocztówki, slajdy, fotografie, chwilki, jednak w czasie spaceru ( ach te spacery), powstała twórcza niedająca się przegonić myśl i tak oto są-wydeptane słowa- przeżyte i wychodzone, często w dosłownym znaczeniu, w czasie spacerów.


Foto: Z mojego archiwum luty 2007- NEBRA Przyjacielskie Nastawienie

***
Głosowanie w konkursie Blog Roku 2011 już zakończone. Blog "Zapiski przyjaciela collie" ostatniego dnia ( 19.01.2012) przed godziną 12: 00 osiągnął pozycję 126 na 801 blogów w kategorii "Moje zainteresowania i pasje". 
Dziękuje wszystkim, którzy wysłali SMS-y z kraju i zagranicy. Dziękuję za Wasze e-maile ze słowami "meldujemy się już głosy oddane", za zdjęcia telefonów z oddanym głosem.
Do napisania
...


Wyrzeźbione życie

środa, 18 stycznia 2012
Historia rozpoczyna się 10 grudnia 2011 w czasie Jarmarku Adwentowego w Przysieku. Tam właśnie spotkaliśmy rzeźbiarza Jakuba Kubiaka z Jarantowic. Długo rozmawialiśmy. Do naszego domu przywędrował jeden anioł, potem były kolejne anioły i wyprawa do Radzynia Chełmińskiego z pięcioma collie. Panie Jakubie dziękujemy za rozmowy i gościnę.
 



Teraz przyszła pora na utrwalenie choć częściowe naszych rozmów.


Wyrzeźbione życie 

Jakub Kubiak jest cenionym w Polsce rzeźbiarzem ludowym. Pochodzący z Jarantowic koło Wąbrzeźna artysta był wielokrotnie nagradzany za swoją twórczość, a biorąc udział w wielu konkursach i plenerach upiększa swymi rzeźbami nawet najdalsze zakątki naszego kraju. Pracował jako terapeuta na Warsztatach Terapii Zajęciowej w Wąbrzeźnie. Uczył swych podopiecznych sztuki rzeźbiarstwa i malarstwa pokazując ludziom, że również osoby niepełnosprawne potrafią tworzyć prawdziwe dzieła. Uczestnicy i pracownicy warsztatów podarowali Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II 10 scen biblijnych wymalowanych na szkle przez terapeutów. Witraże umieszczono w pięknie rzeźbionej skrzyni z ręcznie robionymi okuciami, którą wykonał pan Jakub.


MW: Od ilu lat zajmuje się już pan rzeźbiarstwem?

Wystarczyło, że dostałem swój własny scyzoryk, a już we mnie się coś obudziło. Pierwsza rzeźba, która wysłałem na konkurs poszła aż do Niemiec. Miałem wtedy mniej niż dziesięć lat.

MW: Ktoś z rodziny ma podobne uzdolnienia, czy też ten talent przypadł jedynie panu?

Po nikim tego nie odziedziczyłem. Po prostu padło na mnie. Doszło do tego, że prawie nie oglądam telewizji czy nie przeglądam internetu. Zamiast tego wolę zająć się tym, co tak naprawdę lubię – rzeźbieniem. A trwa to już od jakichś czterdziestu lat.

MW: Jaka jest największa rzeźba, która wyszła spod pańskiego dłuta?

Jest to sześciometrowy anioł, pomyślany również jako nietypowych rozmiarów krzesło. Jego skrzydła dźwig musiał ustawiać prawie pół dnia. Stoi teraz w pewnej miejscowości na Kaszubach. Nie wiem jak to się stało, ale ktoś już zdążył na ten temat ułożyć legendę. Kiedy jakaś para spodziewa się dziecka, a kobieta usiądzie na aniele, to na bank będzie to córka. Jeśli zaś mężczyzna wybierze sobie anioła jako siedzenie, mogą spodziewać się syna. Starsi ludzie są zaś przekonani, że rzeźba stała już tam przed I wojną światową, a przecież postawiliśmy ją całkiem niedawno. Gdyby było tak, jak sądzą, musiałbym mieć teraz jakieś 150 lat. (śmiech)

MW: Anioł powstał na potrzeby jakiejś wystawy, konkursu, czy też z zupełnie innej okazji?

Pokazałem go na II ogólnopolskim plenerze malarsko-rzeźbiarskim w Garbnie. Wszyscy tam dziwili się, co ja robię i w jaki sposób to robię.  Inni przywozili specjalne dłuta po 15 tysięcy, a ja przyjechałem z dwoma zwyczajnymi dłutami i jednym nożykiem. Spojrzenia wokół zdawały się mówić: „Jak on za pomocą czegoś tak prymitywnego zdołał wyrzeźbić takiego pięknego anioła?”.

MW: Widzę, że robi pan również szopki. Czemu nie wziął, więc pan udziału w tegorocznym konkursie na szopkę bożonarodzeniową?

Po prostu o nim nie wiedziałem – w przyszłym roku na pewno spróbuję swoich sił. W 2005 roku brałem jednak udział w Ogólnopolskim Konkursie dla Rzeźbiarzy Ludowych na Szopkę Bożonarodzeniową, organizowanym przez Muzeum Historyczno - Etnograficzne w Chojnicach choć nie była ona największa, to i tak musiałem ją wnosić po częściach i składać w całość dopiero w we wnętrzu pomieszczenia. Jako że był to konkurs ogólnopolski, startowało w nim wielu naprawdę poważnych artystów z całego kraju. Tym większe było moje zaskoczenie i radość, kiedy okazało się, że zdobyłem pierwsze miejsce.


MW: Co się później stało z pana szopką?

Organizatorzy oddali mi ją, a ja jeździłem z nią po całej Polsce z nadzieją, że gdzieś uda mi się ją sprzedać. Nie wiem z jakiego powodu, ale nikt nie chciał jej kupić! Ludzie podziwiali jej piękno, lecz żaden z nich nie zamierzał jej ze sobą zabrać. I tak ta wielkich rozmiarów szopka przejechała ze mną połowę kraju, nabywcę znajdując dopiero w lipcu.

MW: Czy oprócz rzeźbienia ma Pan również inne ciekawe pasje?

Lubię malować, zarówno witraże jak i obrazy. Kiedyś pracowałem w Hiszpanii, trudniąc się zbieraniem malin. Po pracy często nudziłem się, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Wtedy właśnie wpadłem na pomysł, by zająć się malowaniem portretów. Okazało się, że można na tym dorobić nawet więcej niż na malinach. (śmiech)

MW: Musi pan mieć zatem dużo swoich dzieł we własnym domu...

Jak wiadomo, szewc zawsze chodzi bez butów. W mieszkaniu nie mam zatem praktycznie żadnych moich rzeźb. Robię je po to, by je sprzedawać i pokazywać – inaczej nikt poza mną by o nich nie wiedział i wszyscy zastanawialiby się: „Co ten facet tam ciągle robi?” Zresztą Jarantowice to jest koniec świata. Kto tam wjeżdża, dociera jedynie do połowy miejscowości, a potem już czym prędzej zawraca...

MW: Jak pan sądzi, co jest najważniejsze dla rzeźbiarza?

Talent, praca i pomysł. Czasami muszę się wiele nasiedzieć, zanim uda mi się wymyślić coś dobrego, a potem jeszcze powołać to do życia ze zwykłego pniaka. Niekiedy jednak rzeźba wyjdzie mi na tyle duża, że  potem mam problemy z jej transportem. Ostatnio wraz z trzema kolegami próbowaliśmy wnieść do auta prawie dwumetrową parę dziadka z babcią i z wnuczką, lecz nie dawaliśmy rady. Kiedy dwóch młodych chłopaków zobaczyło nasze zmagania, postanowili nam pomóc i niczym piórko podnieśli tę prawie trzystu kilogramową rzeźbę, z ogromną łatwością wsadzając ją do samochodu. Oczy aż wypadły nam z orbit Oni, chudsi od nas, wysocy, nie wyglądający na wyjątkowo silnych, podnieśli to w dwójkę, kiedy czterech dorosłych chłopów nie mogło dać rady! Niemożliwe. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że ćwiczą gimnastykę.

MW: Czy zostawia pan jakiś specjalny podpis na swoich dziełach?

Nie podpisuję się. Kiedyś też tego nie robili. Zresztą rzeźbię w specyficzny sposób, tak by to, co zrobię można było rozpoznać po samym wyglądzie rzeźby – wtedy nie potrzebny jest mój podpis.  Specjalnie patrzę też na prace innych, by w żadnym wypadku nie wykonać podobnej. Przez cały czas staram się być artystą, a nie rzemieślnikiem – nie imituję nikogo, rzeźbię to, co mi przychodzi do głowy i tak, jak potrafię. Nie są to  skomplikowane rzeźby, to przecież tylko kawałki drzewa. Chciałbym oczywiście do końca życia pozostać artystą i rzeźbić. (uśmiech)

MW: Dziękuję za rozmowę. Życzę jeszcze wielu wspaniałych rzeźb, które wyjdą spod pańskiego dłuta.

Rozmawiał (MW): Mikołaj Wyrzykowski , Przysiek 10.12.2011

Jeśli macie ochotę zamówić jakubowego anioła lub inne wyrzeźbione swoje marzenia, dzwońcie - za zgodą artysty podaję telefon.


Na nartach biegowych

niedziela, 15 stycznia 2012
Na dzisiejszy dzień mieliśmy plany wycieczkowo-pomiarowe. Brzmi to pewnie nieco dziwnie, ale zamierzaliśmy dokonać pomiarów niektórych pomników przyrody w okolicy. Wieczorem wyjęłam centymetr z szuflady, plany i opisy, położyłam na barku i tak zostało, bo ku naszej wielkiej niespodziance przez całą noc padał śnieg. Rano okazało się, że jest biało i co więcej nadal pada. Po wypiciu pokościelnej kawy, jak to mamy w niedzielnym zwyczaju, ubraliśmy się z zamiarem spaceru zaśnieżonymi leśnymi dróżkami. 


Otwieramy bramę, a tu na śniegu świeże ślady nart prowadzące w kierunku lasu.
- Słuchajcie ktoś właśnie teraz biega na nartach. Może my też wyruszymy?
Mikołaj nie czekając na naszą decyzję, czym prędzej zawrócił do domu po narty. Pomyślałam sobie, jak on, to i ja. Przecież nikt nie wie jak długo śnieg jeszcze poleży, a to pierwsza taka okazja tej zimy.
Nastąpiła, zatem szybka wymiana naszego obuwia i smyczy na uprzęże u collie i tak zaczęła się dzisiejsza jazda na nartach. Pozakładam uprzęże, przypięłam Carka i Nebrę do swojego pasa i w drogę. Mamy taki komfort, że możemy wyjechać z domu już na nartach. Kilka metrów dalej na skrzyżowaniu dróg tuż przed lasem widać na śniegu ślady nart, te same, które były naszym sygnałem do jazdy. W oddali widać małą dziewczynę jeżdżącą na krótkich plastikowych nartach przy boku rodziców. Ot, i znalazłam naszą przodowniczkę w sportach zimowych. Niesamowite, jaką ta mała ma siłę przekonywania !!!
A potem już wszystko potoczyło się z dużą prędkością biegnących dwóch collie! Moi dwa zawodnicy Caro i Nebra to doświadczona para. Wiedzą dokładnie, o co chodzi i mają w tym wielką radość. W czasie jazdy wymieniany się z Mikołajem pasem i "collie napędem".  Wojtek z aparatem uprawiał biegi z pozostałymi trzema collie. Ot troszkę inna dyscyplina sportu.
- Ja też miałam ochotę na narty, lecz nie byłam pewna czy wystarczy śniegu- woła do nas sąsiadka wynurzając się z leśnej drogi.
My, przyznam się szczerze, także byśmy nie mieli tej odwagi, gdyby nie pozostawione ślady przed domem.
Zbliżając się do stawów przysieckich zmieniamy collie - Carek doświadczony maszer i Delilah żołtodziób przypięta dla biegu i zabawy. Dzisiaj jest dużo zabawy. Po drodze nie mogę oderwać wzroku od pływających w oszronionej wodzie łabędzi. Tak zaszaleliśmy trzy godziny na nartach i zabawie na śniegu. Temperatura zero stopni, a my pierwsze szusowanie po śniegu już za sobą !
Skijoring na filmie:
Caro- Sunresc Lace CARUSO (wiek  4 lata)
Nebra- NEBRA Przyjacielskie Nastawienie ( wiek 6 lat)
Delilah- DELILAH Grenwood FCI (wiek  10 m-c)


Link do filmu


Z młodym collie w okresie dorastania można trenować poprzez zabawę, spacery, podczepianie go do dorosłego psa, który będzie prowadził. Na filmie widać jak DELILAH Grenwood FCI, w wieku 10 miesięcy biegnie z boku dorosłego Carka.

Zobaczcie także nasze filmy z poprzednich lat 









Bażant na drzewie

sobota, 14 stycznia 2012
-Biegnij szybko po schodach z aparatem. Najlepiej przynieś dwa aparaty! Tylko szybko i po cichu!- krzyczy do mnie Wojtek z góry.
Biorę aparat fotograficzny i biegiem po schodach. Wojtek z Mikołajem stoją przy drzwiach pokoju wypatrując coś przez okno.
-Zobacz, na drzewie siedzi bażant. Po prostu w naszym sosnowym lesie na sośnie wysoko usiadł bażant- dodaje Wojtek pokazując mi ręką miejsce obserwacji.


Pierwszy raz coś takiego widzę. Zbliża się ku wieczorowi i pewnie bażant zamierza tutaj spędzić noc. Ten największy grzebiący polny ptak Europy na naszej sośnie przed domem. Teraz zdałam sobie sprawę, dlaczego wieczorami moje collie nagle wybiegają z domu do drzew. Kto wie, może właśnie wtedy na nich układa się do snu rodzinka bażantów? Mój dzisiejszy bażant to samiec z ostro zakończonym ogonem. Prezentuje się pięknie na sośnie. Bażanty żyją około 15-16 lat, podobnie jak collie. Gdybym oznaczyła tego bażanta, wówczas mogłabym prowadzić obserwacje czy to stale ten sam samiec. W każdym razie będzę teraz częściej zerkać na mój sosnowy las w poszukiwanych bażantów. Już sobie wyobrażam taki widok, my zasypiamy w pokojach, a wokół domu na sosnach układają się do snu bażanty, dużo bażantów.

Co do innych niespodzianek dzisiejszego dnia, to mamy wreszcie małe, co nieco śniegu. Są, więc szaleństwa w lesie i mała sesja fotograficzna 10 miesięcznej Delilah.

Collie: DELILAH Grenwood FCI fot. A. Wyrzykowska

Przez 10 miesięcy przeżyliśmy razem wiele. Najpierw była matka Nebra i szaleństwa z siódemką rodzeństwa. Potem wiele rzeczy robiliśmy po raz pierwszy w życiu. Była pierwsza wyprawa do Górzna nad jezioro i do parków krajobrazowych, pierwsze pływanie kajakiem, łódką i pierwsza kąpiel, razem przetarliśmy szlaki górskie. Dzisiaj był pierwszy śnieg w życiu.




Jestem już młodzieńcem

środa, 11 stycznia 2012
Takie listy mogłabym dostawać codziennie. Zaraz czuję się naładowana pozytywnie. 

 Collie: DAY TRIPPER Grenwood FCI w wieku 8,5 m-c fot. Karolina Fitaszewska

Na zdjęciu collie " młodzieniec" DAY TIPPER Grenwood, słońce, uśmiechnięta morda, ruch, no i morze, które w listopadzie wygląda jakby właśnie była pełnia sezonu na opalanie.

Dlaczego młodzieniec ?  Bo tak właśnie wygląda młodzież collie, w wieku pomiędzy 6 do 14 miesiąca życia, w okresie, w którym kształtuje się układ nerwowy i zaczynają funkcjonować gruczoły płciowe. Na psy wpływa jednym słowem burzy hormonów, tak jak u nastolatków, zaczynają w tym okresie podnosić nogę przy sikaniu, chcą pilnować swojego terenu i rodziny, uwielbiają szaleć. W tym okresie najważniejszy jest właściciel, który kochającym sercem przeprowadzi swojego collie przez okres dorastania. Pozwoli poszaleć, ale i będzie mądrym wychowawcą.

 Collie: DAY TRIPPER Grenwood FCI w wieku 8,5 m-c fot. Karolina Fitaszewska

Dziękuję za naładowanie pozytywnie. Mam szczęście ! Pozdrowienia  dla szkockiej rodzinki !


Człowiek z wiadomością

wtorek, 10 stycznia 2012
W czasie spacerów z collie w lesie może wiele się wydarzyć. A to jakaś melodia przyczepi się i bez wytchnienia rozpala umysł i serce, więc ją nucę i nucę, a wiatr rozwiewa ją po lesie. A to znowu nasze ożywione dyskusje powodują, że od tej pory zawsze dane miejsce kojarzę właśnie z tam powstałymi myślami. (AW)

***

 Człowiek z wiadomością
Ameryka, lata 60 i 70 XX wieku. Ruch hipisowski, przemiany polityczne, Nowa Lewica, atmosfera przepełniona obawami, wojna w Wietnamie... Nie wszyscy zgadzali się z tym, co robił rząd, który kompletnie zapominał o życiu, pokoju i miłości. Nie miałeś wyboru: albo otwarcie popierałeś rasizm, albo byłeś przeciwko i nie bałeś się o tym publicznie mówić. Nikt nie stał w bezruchu, nie wiedząc, co zrobić. Dla takiego kraju jak Ameryka największe zagrożenie stanowili artyści – pisarze, malarze, poeci, mówcy, pieśniarze, którzy nie zamierzali akceptować decyzji rządu i buntowali się przeciwko temu, co działo się wokół. Bo czy osoba opiekująca się przydrożnymi różami i pokazująca jej piękno innym nie jest zagrożeniem dla ludzi, którzy zajmują się ich bezlitosnym niszczeniem?
Państwo, które do ostatniej suchej nitki przesiąknięte jest muzyką, można zmienić tylko z jej pomocą. Wszystko zaczęło się od folku. Podczas gdy Presley śpiewał o kolejnym nieudanym romansie i innych sercowych rozterkach, pieśniarze folkowi tacy jak Woody Guthrie czy Pete Seeger kazali zmierzyć się swoim słuchaczom z mroczniejszą stroną tego świata, wskazywali problemy, które trzeba było naprawić. Z takich utworów można było nauczyć się, jak żyć, co robić a czego unikać. Folk był głosem, posłańcem prawdy. Prawdziwi pieśniarze potrafili sprawić, że wierzyłeś bezgranicznie w to, co słyszałeś. Jeśli ktoś śpiewał, że zamożny i młody William Zanzinger zabił Hattie Carroll, matkę dziesięciorga dzieci wierzyłeś, że stało się to naprawdę. Tu nie było miejsca na żaden fałsz, więc radia komercyjne nie puszczały za często takich utworów. Zresztą, prawda nie potrzebuje rozgłosu.


Przez ile dróg musi przejść każdy z nas (*)
by mógł człowiekiem się stać,
Jak wiele razy musi człowiek wznieść wzrok
Zanim choć nieba dojrzy strzęp,
I jak wiele uszu musi mieć nim usłyszy
Ludzki płacz i jęk?

„Znasz go? A czy ma on coś do powiedzenia, czy wniesie coś nowego?” - tak wtedy oceniano artystów. Bob Dylan był jednym z takich, którym z pewnością słów nie brakło. Wykorzystując jedynie gitarę, harmonijkę ustną i własny głos przekazał to, o czym wszyscy wokół myśleli, lecz nikt nie potrafił tego wyrazić. Widział, co się dzieje na świecie i potrafił zamienić to w piosenkę. Powiedział to, co musiało być powiedziane. Zatem chcąc czy nie chcąc, stał się Głosem Pokolenia. Ludzie chcieli zrobić z niego artystę zaangażowanego, wciągnąć do różnych stowarzyszeń, podczas gdy nie interesowało go coś takiego, jak polityka. Śpiewał tylko piosenki aktualne czy, jak kto woli, protest songi. W tym momencie nie ważna jest ich nazwa, liczy się przeznaczenie – uświadomienie wszystkim, ile rzeczy zdąża na tym świecie w złym kierunku i niesienie nadziei, że jeszcze jest to możliwe do naprawienia.
Utwór Blowin' in the wind był dla Dylana drzwiami do wielkiego świata, otworzył przed nim wrota kariery pieśniarza protestu. Kompozycję można nawet nazwać ojcem wszystkich protest songów. Nie traktowała o konkretnym wydarzeniu, stąd nadal jej przesłanie jest aktualne. Przez stawianie pytań bez odpowiedzi, którą ma przynieść dopiero wiatr  uświadomiła ludziom, że „kule armatnie będą latać dopóty, dopóki nikt się temu nie  sprzeciwi”; uczyła, że „nie można odwracać głowy, udając, że się nic nie widzi”.
Marsz na Waszyngton odbył się 28 sierpnia 1963 roku  na rzecz zniesienia segregacji rasowej. Wystąpiła na nim Joan Baez i Bob Dylan, swe słynne przemówienie wygłosił Martin Luther King. Słowa hymnu Blowin' in the wind każdy uczestnik pochodu zapewne trzymał głęboko w sercu – dokładnie pokazywały przyczynę, która zmusiła ich do protestów.
Kompozycja Masters of War była mocnym ciosem wymierzonym w dowódców myślących, że świat należy wyłącznie do nich, ciągnącym za sznurki i każącym żołnierzom iść dalej, by oni sami, gdy już rozpocznie się piekło, mogli bezpiecznie uciec. Hurricane opowiada historię czarnoskórego boksera Rubina Cartera, pretendenta do mistrza wagi średniej, który został niesłusznie skazany na dożywocie z powodu fałszywego oskarżenia o morderstwo. Sąd dopiero po dwudziestu latach uznał, że wyrok opierał się głównie na akcie rasizmu, co już wcześniej w swoim utworze stwierdził Dylan.
Z kolei Hard Rain's A-Gonna Fall jest relacją małego chłopca z podróży po świecie, podczas której zobaczył „tłum mówców ze złamanymi językami, małe dzieci uzbrojone w bagnety”, „słyszał szum burzy, który był ostrzeżeniem”, widział, jak ktoś umierał z głodu, a inni się śmiali, na szept tysięcy nikt ucha nie skłonił”. Na koniec oznajmia, że „dotrze na szczyt góry, by wszyscy mogli go usłyszeć. Będzie stał na falach oceanu, dopóki nie utonie i pozna swoją pieśń dobrze, zanim zacznie ją śpiewać”. Chce, by wszyscy wiedzieli, że błędy tego świata nie pozostaną bez odzewu i niedługo spadnie ciężki deszcz. I bynajmniej nie chodzi tu o bombę atomową, choć i tego wówczas wszyscy się bali. Chodzi tu coś na kształt potopu, co rozliczy ludzi z ich złych uczynków, będzie też ich wynikiem. Nie jestem pewien, czy ten deszcz przestał już padać – miejmy nadzieję, że przynajmniej zdążył już trochę zelżeć.
Gdy Dylan zarzekał się, że przez piosenkę nie da się nic zmienić, spod jego pióra wyszedł chyba jeden z największych protest songów (i nie mówię tu wyłącznie o długości). Czegoś takiego jak Wszystko Dobrze Mamo (Ja Tylko Krwawię) nikt wcześniej nie słyszał. Cała ówczesna rzeczywistość została przelana na słowa i podana na tacy w ponad kilkunastu wersach. Wiele zwrotów, takich jak „łatwo jest widzieć bez patrzenia zbyt daleko” przyjęła się później jako amerykańskie powiedzenia. Widzimy obraz człowieka, który „nie był zajęty, kiedy się rodził, ale jest zajęty umierając”; mężczyznę który „stawia się w stanie wojny i przygląda wodospadom rozpaczy. A kiedy odczuwa potrzebę jęczenia, odkrywa, że byłby tylko jeszcze jedną osobą płaczącą.”; patrzymy na „reklamy, które nas zdobywają, sprawiając,  że czujemy się, jakbyśmy mogli wygrać wszystko, nawet to, co nigdy nie zostało wygrane.”. Nie można wymyślić mocniejszego prztyczka w nos dla ludzi, którzy patrzą na świat przez różowe okulary lub, co gorsza, ich oczy są zamknięte zupełnie.


Kiedy kaznodzieja modli się o czyjś zły los (*)
Nauczyciele uczą o czymś, czego nie rozumieją
Że czekanie na wiedzę może doprowadzić
do stu dolarowych talerzy
Dobroć ukrywa się za jej bramami
Ale nawet prezydent Stanów Zjednoczonych
Czasem musi stanąć nago

Boba Dylana nie nazywano buntownikiem czy legendą. Nadawano mu tytuły o wiele bardzie niebezpieczne, takie jak: Sumienie Pokolenia, Najwyższy Kapłan Sprzeciwu, Car Odrzuconych, Wielki Biały Brat-Buntownik... Nigdy nie chciał być kimś takim, wyrażał tylko nowe realia i zawierał je w swoich wierszach. Żądano od niego piosenek wskazujących palcem, a on palców miał tylko dziesięć. Pragnął pokazywać ludziom jedynie właściwą drogę, a tymczasem wszyscy wokół chcieli, by stanął na czele pochodu i gdzieś ich poprowadził. A od tego były przecież inne osoby.
Jedną z nich był John Lennon. Już za panowania Beatlesów przejawiał w sobie duszę buntownika, pisząc takie piosenki jak Rewolucja, która była wykorzystywana m.in. w polskich protestach przeciwko władzy komunistycznej w 1968 roku – realia się zmieniały, więc i chłopcy z Liverpoolu musieli iść z duchem czasu. Miłość jest wszystkim, czego potrzebujesz, gdzie Fab Four stwierdzali, że „nie ma niczego do zrobienia, co nie może być dokonane” również wyznaczyło nowe ścieżki w ich rozwoju – a przesłanie tego utworu będzie pewnie aktualne po kres wieków.
Pełny wiatr w żagle Lennon nabrał jednak dopiero po ich rozpadzie. Jego utwory typu Władza w Ręce Ludu, Dajcie mi jakąś prawdę czy wręcz utopijny hymn pacyfistyczny Imagine były dokładnie tym, czego ludzie wtedy potrzebowali – ich duchowymi przewodnikami.
Pierwszym krokiem do powstania czegoś jest zaistnienie tego w naszej wyobraźni. Imagine sprawia, że wyobrażamy sobie „pokój na świecie, brak chciwości i głodu, wszystkich ludzi dzielących się światem. I może powiedzą, że jesteśmy marzycielami, ale nie jesteśmy jedyni. Któregoś dnia przecież  pozostali przyłączą się do nas i świat będzie żył jak jeden”.
Na półmilionowej demonstracji w Waszyngtonie, która odbyła się 15 września 1969 roku wszyscy kołysali się, ze znakiem pokoju na dłoni śpiewając utwór Johna „Wszystko, czego pragniemy, to byście dali pokojowi szansę”. Jej przewodniczący, folkowy śpiewak Pete Seeger przerywał to frazami typu „Czy słyszysz to, Nixon? Czy słyszycie to, wy tam w FBI?”.
Lennon przekonywał, że pokój powinno się sprzedawać jak masło, by ludzie wiedzieli, że mogą wybrać coś innego niż wojnę. Piosenki jedynie uzupełniały jego akcje typu „Łóżkowy pokój-włochaty pokój”, podczas której wraz ze swoją żoną Yoko Ono spędził tydzień w hotelowym łóżku, nakłaniając innych, by zrobili to samo i nie ścinali włosów, dopóki nie skończy się wojna w Wietnamie. Drugim najważniejszym przedsięwzięciem było świąteczne rozwieszenie billboardów z napisami „Wojna skończona! (Jeśli tylko tego chcesz)” - w 1969 roku zawisły one w wielkich miastach, takich jak Nowy Jork, Tokio, Amsterdam czy Rzym.   Piosenkarz spytany, ile te plakaty kosztowały, odparł: „Nie wiem. Na pewno mniej, niż ludzkie życie”.  Dwa lata później na podstawie tej kampanii powstał znany utwór Happy Xmas (War is Over). Gdyby Lennon tylko siedział i śpiewał swoje piosenki, nikt by się nim nie zajął, nie byłby żadnym zagrożeniem. Jednak jego nowe znajomości z takimi ludźmi, jak Bobby Seale z Czarnych Panter (organizacja radykalnie walczyła o prawa czarnoskórej mniejszości w USA), przewodniczenie demonstracjom pokojowym, zdjęcia na tle amerykańskiej flagi z czaszkami zamiast gwiazdek, otwarte krytykowanie administracji i decyzji Richarda Nixona sprawiły, że zainteresował się nim rząd. Jak sam mówił, nagle wzrosła ilość remontów w jego piwnicy, podobnie jak np. u Martina Luthra Kinga telefony były na podsłuchu, śledzono go, gdziekolwiek się nie ruszył. Chcieli, by dostał paranoi i rzeczywiście tak się stało. Władze pragnęły nawet za wszelką cenę bezprawnie wydalić go z Ameryki, co im się nie udało.

I tylko mam nadzieję, że złożą was w pudle (*)
Będę szedł w kondukcie w to blade południe
Potem stanę nad grobem, by upewnić się całkiem
Że już was nie spotkam, bo będziecie martwi

Również zespoły rockowe, sławne ze swych wielkich przebojów niekiedy przypominały sobie o ciemniejszej stronie twarzy tego świata. Dire Straits przekonują, że „jesteśmy głupcami, wypowiadając wojnę przeciwko naszym Braciom Broni”; Pink Floyd zbudowaliby szpital Fletchera dla nieuleczalnie chorych królów i tyranów, w którym mogliby bawić się w zabawy typu „bum bum, bang bang – padnij, nie żyjesz”; Jim Morrison z The Doors śpiewa o „Nieznanym Żołnierzu” w utworze przeciwko wojnie w Wietnamie; Michael Jackson w Heal the World zachęca do ochrony przyrody przed szponami przemysłu; U2 przypomina nam Krwawą niedzieli z 30 stycznia 1972; Phil Collins trochę sarkastycznie śpiewa o problemie bezdomności, ogłaszając, że „to jedynie kolejny dzień w raju”. W Polsce chyba najbardziej znaną kompozycją tego typu jest Dziwny jest ten Świat Czesława Niemena, który w latach 60. stał się nieoficjalnym hymnem kontestującej polskiej młodzieży. „Ludzi dobrej woli jest więcej, choć nadal ktoś słowem złym potrafi zabić tak jak nożem”. Lecz słowem można również pobudzić kogoś do życia.


Jednak ze wszystkich znanych mi protest songów chyba najbardziej wyróżnia się Star Spangled Banner, czyli hymn Ameryki zagrany przez Jimiego Hendrixa, bodaj najlepszego gitarzystę wszech czasów. Moc tego utworu nie leży w słowach, bowiem on ich zupełnie nie posiada. Wygrywana melodia co chwila przerywana jest dźwiękami gitary, które udają odgłosy przelatujących na niebie samolotów i huk spadających na ziemię bomb. To nie jest żadna profanacja, tylko ukazanie Ameryki z jej prawdziwym obliczem
Pieśniarzy wykonujących tego typu muzykę jest znacznie więcej, niż ich garstka, której udało się zaistnieć w mediach i powszechnym myśleniu. Nie zawsze można ich też od razu rozpoznać. Pieśniami protestu mogą być bowiem również utwory, które na pierwszy rzut oka są zwykłymi piosenkami, a tymczasem ukrywają prawdę przed tymi, którzy chcieliby ją wykorzystać przeciw twórcom. I nie mówię tu o odgadywaniu, kim jest Pan Jones w Ballad of a Thin Man, który „pożyczył komuś swoje gardło”, czy „Anioł-kowboj, który galopuje ze swoją zapaloną świeczką na słońce” w Bramach Edenu Boba Dylana – tu chodzi o coś innego. Jeśli bowiem poznamy np. wizję Strawberry Fields Forever Beatlesów taką, jaką podaje nam film Across the Universe Julie Taymor, kompozycja zupełnie zmieni swoje oblicze. Pola truskawkowe staną się areną wojny, gdzie nic nie jest prawdziwe, a same truskawki będą spadającymi z nieba bombami. Podobnie jest z I Want You (She's So Heavy). Przyjmijmy, że to rząd Ameryki pragnie nowych żołnierzy do wojny w Wietnamie, a oni muszą dźwigać Statuę Wolności, krzycząc „Jaka ona ciężka!”. Utwór może mieć nawet więcej niż dwie twarze – wszystko zależy wyłącznie od naszego punktu widzenia.


Czy widziałeś przerażonych ludzi? (*)
Czy słyszałeś spadające bomby?
Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się
Dlaczego musimy szukać schronienia
Gdy obietnica nowego świata
odważnie rozwija się pod czystym, błękitnym niebem?

Zastanówmy się, czy i dzisiaj nie potrzebujemy ludzi, którzy odkryją oblicze prawdy swymi obrazami, mowami i utworami, będą potrafili otwarcie powiedzieć temu wszystkiemu „nie". Gdzie są ci pieśniarze i poeci, którzy mają protestować przeciwko temu, co aktualnie się dzieje? Kolejny hit w komercyjnym radiu nie zmienia świata, nie sprawia, że próbuje stać się on choć odrobinę lepszy, nie wnosi nic nowego. Natomiast Another Brick in the Wall grupy Pink Floyd, sprzeciwiający się zabijaniu indywidualności w szkołach nieśli na ustach czarnoskórzy uczniowie w RPA, protestując przeciwko ich dyskryminacji. Zresztą cały film jest wielkim, rockowym protestem, który porusza wiele tematów, takich jak np. wojna w Goodbye Blue Sky. Jest zatem pewna zasadnicza różnica między jakimkolwiek protest songiem, a światowym przebojem disco czy pop – wpływ na kształtowanie się myślenia u ludzi. Bo sprawdza się stwierdzenie, że jesteśmy tacy, jakiej muzyki słuchamy, w jakim otoczeniu się obracamy i co czytamy.
Czy w naszych czasach również nie „wypacza się prawda o wojnie i pokoju”? Czy nie ma takich osób, jak Mistrzowie Wojny, którzy „skryci za biurkami rzucają na świat strach; zabijają dzieci, nawet te nienarodzone bez imienia? Oczywiście, że są, nie trzeba ich nawet z lupą szukać – wystarczy tylko zdjąć im maski. Jak to zmieniać? Wystarczy jeden dobry uczynek każdego dnia. To zachęci innych również do czynienia dobra. Wyczytałem bowiem gdzieś, że same wiersze i muzyka to za mało –  muszą również być gdzieś ludzie, którzy przekują słowa poetów w prawdziwe czyny.


Mikołaj Wyrzykowski, lat 14
07.01.2011

(*) Cytaty pochodzą kolejno z utworów Boba Dylana: Blowin' in the wind, It's Alright Ma (I'm Only Bleeding), Masters of War oraz Goodbye Blue Sky autorstwa Pink Floydów.

Okruszki dnia

sobota, 7 stycznia 2012
Czy zauważyliście?..
Jest czwartkowy wieczór przed Świętem Trzech Króli. Oglądamy ostatnią scenę filmu "Lepiej być nie może" reż. James L. Books. wyk. Jack Nicholscon, Helen Hunt, Greg Kinnear, Cuba Googring Jr., Skeet Ulrich. L. Pisarz Melvin ( Jack Nicholson) i Carol ( Helen Hunt) wchodzą do piekarni, by kupić świeże bułki.  Oglądaliście film? Myślę, że warto, ale czy...
- Czy zauważyliście, że Melvin ( Jack Nicolson) zanim zaczął coś mówić przez słuchawkę, zawsze gładził się po włosach?- pyta Miki
- Eeee tam, nasz ( collie) Caro* zanim wyjdzie na dwór najpierw kicha- od razu odpowiada Wojtek.
Czy zauważyliście, że.......
*Sunresc Lace CARUSO

***
Toaleta w tłumie

W czasie Święta Trzech Króli chodzimy z (collie) Delilah* na wokół samochodów stojących przy szopce na Nowym Rynku w Toruniu ( zobacz film). Kucam, żeby małą pogłaskać. A Delilah zaraz zaczyna moją toaletę twarzy. Tak, ona robi specjalizację z higieny twarzy i uszu, a zabiegi wykonuje wedle zamówienia lub z potrzeby serca. Kilka stojących obok nas dziewczyn zobaczyło to i jęknęły

- Czy ja mogę zrobić sobie z nią zdjęcie?- mówi jedna.

-Czemu nie- odpowiadam.

Delilah wędruje w ramiona dziewczyny, i zaczyna się toaleta, potem i kolejnych osób. Lista oczekujących do zdjęcia wydłuża się.
*DELILAH Grenwood FCI

***
Pracuje na nutę

Jest już ciemno. Wiele emocji dnia dzisiejszego usypia wraz z nami. Collie wpadły już w fazę głębokiego snu, a ich klaty równo podnoszą się w czasie oddechów. Teraz ciężko jest już je obudzić. W tej ciszy słychać bluum bluum bluumm. Każde bluum innego nieco tonu. To stojące wina czerwono-porzeczkowe, aroniowe i dyniowe pracują.  Kolejna wieczorna lekcja. Dźwięk owego bluum rozchodzący się w ciszy domu zależy od ilości wina w baniaku. Acha i jeszcze jedno. W tej sytuacji szczególnego kolorytu nabiera powiedzenie- ja śpię, a robota  idzie do przodu !

Pies przyjaciel psa

czwartek, 5 stycznia 2012
Dwaj przyjaciele psy, w tej samej niedoli. Bez dachu nad głową, bez wyżywienia, bez rodziny, ale mają siebie.  Jeden z nich idąc obok ruchliwej drogi został potrącony przez samochód. Leżał przez dwa dni w przydrożnym rowie nie znajdując nigdzie pomocy. Wiedzieli o nim mieszkańcy miejscowości, którzy tędy chodzili lub przejeżdżali, ale nikt nie chciał mu pomóc, bo to pies ! A co komu po potrąconym psie. Był tylko przy nim jego pies-przyjaciel.

Straszny ból przedniej łapy doskwierał niemiłosiernie potrąconemu przyjacielowi. Nocą obaj przytulali się do siebie ogrzewając i chroniąc przed grudniowymi wiatrami i chłodem. W dzień zdrowy przyjaciel wyruszał na poszukiwaniu pomocy i jedzenia. Szukał pomocy przez dwa dni od wypadku.

Wreszcie stało się. Kierowca samochodu jadąc przez tę miejscowość przejazdem zobaczył na poboczu dziwnie zachowującego się psa. Można powiedzieć, że to pies swoim zachowaniem zatrzymał samochód. Pies przy drodze nie stał i nie czekał. Tylko stale jakby odchodził i wracał pokazując pobliskie miejsce przy drodze, chciał powiedzieć wszystkim - chodźcie ze mną, kto wreszcie pomoże mojemu przyjacielowi? Kierowca i pasażerowie samochodu czym prędzej pognali za psem. Tuż przy drodze w pobliskim rowie znaleźli poturbowanego psa, z ranną łapy, który nie miał już sił poruszać się. Tak oto pies- przyjaciel przyprowadził mu pomoc.

Jak dobrze jest mieć takiego przyjaciela !!!

Historia wydarzyło się naprawdę w miejscowości Anastazewo w województwie wielkopolskim. ( GazetaWyborcza, Łódź, 16.12.2011)