Zapiski przyjaciela collie.

Notatki z wyznań tłumacza imion

poniedziałek, 2 maja 2011
 
Tym razem nieco inaczej, geneza imion  według  mojego syna Mikołaja.


Tadaamm!

          Widzowie zajmują wygodne miejsca, przebierając niecierpliwie nogami w oczekiwaniu na spektakl. Przyszło ich dzisiaj jakoś nadzwyczaj dużo, jakby spodziewali się czegoś niezwykłego ze strony aktorów, którzy przecież wcielili już w życie tyle wspaniałych pomysłów...
Rozlega się dzwonek i chwilę potem z kulisów odzywa się głęboki głos głoszący.
-        Witam panie i panów w naszym rozsławionym teatrze!- w tym momencie dalszą część wypowiedzi zagłuszają gromkie brawa-  Dzisiejszego wieczoru będę miał zamiar przedstawić państwu przedstawienie piękne w swej nietuzinkowości i nazwach, którego główną zaletą są nazwy. Wydarzenia, które będą rozgrywały się na scenie tak bardzo odchodzą od ogólnie przyjętych standardów, że aż brak mi słów, by wam o tym w tej chwili opowiedzieć. Lepiej sami to zobaczcie i posłuchajcie, najlepiej zaś przeczytajcie.
Tą niewyjaśnioną zapowiedzą prezenter pozostawił widzów w całkowitej głuchej ciszy i oniemieniu. Po chwili dźwięk gongu rozszedł się potrójnym echem po sali, rozsunęły się grube, aksamitne kotary, a na scenę wyszli tajemniczy, mali, lecz jakże słodcy i piękni aktorzy. Przedstawienie czas zacząć...

***

Desert of Love – bodaj jedyne imię wśród naszych szczeniaczków, które nie ma absolutnie żadnego związku z muzyką (chyba że istnieje piosenka o takim tytule – choć wtedy byłoby to moje niezamierzone działanie). Można je interpretować na kilka sposobów: ważne, by poznać ten dobry, o który mi chodziło. Pustynia Miłości. Nie jako sucha, pozbawiona wody życia, lecz jako bezkresna niczym najszerszy ocean pustynia, bogata w urodzaje, z których może czerpać radość życia każdy. Suczka na pewno jest dumna ze swojego imienia – będzie miała co opowiadać o nim swoim dzieciom i wnukom. ;)

Day Tripper – od Beatlesów wszystko się zaczęło, tak więc i ja nie przypadkiem postanowiłem zacząć opisywanie muzycznych imion właśnie od „Dziennego Wycieczkowicza”, jednej z wielu piosenek Fab Four, a że imiona starają się określać charakter psów... ten szuka pana, który zaopatrzy go w duży, podróżniczy plecak, by mógł spakować swe manatki... i jedziemy w „Podróż za jeden uśmiech”!

Diamond Sky – zlepek słów posłyszany przeze mnie w (bardzo znanym dodajmy) utworze Mr. Tambourine Man autorstwa Boba Dylana. Imię może się wydawać proste, ma jednak w sobie pewną magię oraz tchnienie wiatru odsłaniającego chmury i ukazującego szczerze diamentowe niebo wraz z szumiącymi lasami, łąkami, wielkimi łanami zbóż...i prostego chłopaka, zagubionego gdzieś pomiędzy nimi, skromnie brzdąkającego na gitarze... piękno przyrody i wolności nie tak łatwo jest wyrazić w dwóch słowach, razem mających niebanalne znaczenie.

Dawn Mist – gdy już sądziliśmy, że nasza praca dobiegła końca i rzuciliśmy się ku krzesłom, ogrzewani łagodnie żółtymi posłańcami słońca, a myśli wlatywały nam jednym uchem, wylatywały drugim, przypadkiem, można powiedzieć, „potknąłem się” o pomysł na nowe imię. I nie, nie ma to żadne związku z kamieniem ;). Jako że niedawno zacząłem się interesować Pink Floydami (o których już na tym blogu małe napomknięcie było), postanowiłem zobaczyć tekst jednej z ich piosenek dumnie noszącą tytuł „High Hopes”, która pochodzi z Division Bell (swoją drogą to też mogłoby być niecodzienne imię, gdyby nie znaczenie tych słów). Gdy schylała się już ku końcowi, a było to tuż przed słowami „Trawa była zieleńsza, światło jaśniejsze, gdy spędzaliśmy noce dziwów wraz z przyjaciółmi”, natknąłem się właśnie na określenie „dawn mist”, nie pamiętam już w jakim kontekście. Znaczy to tyle co „Mglisty Poranek” lub też, jak kto woli „Mgła Świtu”. Imię tyle majestatyczne i piękne, co tajemnicze i rzadko spotykane... Naprawdę piękne są rzeczy, których możliwość interpretacji wychodzi poza ilość naszych palców u rąk.

Dancing Days – teraz dla odmiany imię lekkie i proste... ale kto powiedział, że to co proste nie może być piękne? Jest to utwór jednej z najlepszych grup wszech czasów, jaką jest Led Zeppelin. „Tańczące Dni” lub „Dni Tańca”, zamieszczone na ich piątym longplayu zwanym „Houses of the Holy” jest ciekawą melodycznie piosenką z dobrym, wpadającym w ucho riffem i nie zmuszającym do wytężania mózgownicy tekstem. I co by tu więcej powiedzieć? Suczka nosząca to imię jest jak Leo Messi: wesoła i szybka zawsze wszędzie, nawet tam, gdzie każdy się tego najmniej spodziewa. Gdyby Jim Fixx był psem, wybrały jej łapy do maratonów.

Dignity Dancer – i ponownie mamy do czynienia z ikoną, legendą, mitem (jak by go tu jeszcze nazwać?) jakim jest Dylan oraz jedną z jego wielu udanych piosenek z późniejszego okresu twórczości, a dokładnie „Dignity”.Uważni zapytają się pewnie: z jakiej też jamy wykopałeś drugi człon imienia? Szybko, z drżącymi kolanami odpowiadam na pytanie. Sama „Dostojność” brzmi dla mnie jakoś tak... pusto. Czegoś mi tu brakowało (a tak po prawdzie to nie mi, bo dla mnie dobra była i pierwsza wersja tego imienia) ;) „Dostojna Tancerka” brzmi zaś o wiele lepiej. Skąd to przekonanie? Otóż... nie wiem. W końcu nie każdy autor musi znać dokładnie każdą komorę w swym mózgu, by wiedzieć, skąd wziął się dany twór :).

Delilah – i niespodzianka! Moim zdaniem najpiękniejsze imię z tego miotu, to, które zachęciło mnie do wykoncypowania pozostałych, znalazło się dla zmyłki na końcu tej listy. Czemu? Aby uświadomić niektórym ludziom, że to, co jest na początku, nie zawsze jest najlepsze, iż dla każdego piękno ma inną twarz, a przede wszystkim: że warto było dotrwać do końca tej listy (równocześnie biję gorące brawa tym, którzy właśnie czytają te słowa). Co by tu można powiedzieć o tym imieniu? Oj, dużo, dużo. Tyle co o prekursorach, początkach elektroniki, książek... o wszystkim, co stanowiło początek dla innych rzeczy, jak i o pewnych pamiętnych zakończeniach. Dlatego też (dla niepoznaki) umieściłem tę nazwę na końcu.
„Dilala” - tak powinno się prawidłowo wymawiać to imię. Co oznacza? Jedno jest pewne... w języku angielskim takiego słowa z pewnością nie ma. Jeśli jest w innych, proszę o pisanie tego w komentarzach, wtedy się poprawię ;). Na pomysł wpadłem słuchając któryś już raz znakomitej, ostatniej, dość smutnej (będącą pożegnaniem z tym światem wokalisty w wielkim stylu, dodajmy) płyty Queena. Podczas gdy leciał utwór numer dziewięć, trzeba powiedzieć, najdziwniejszy z całej płyty, ja chodziłem w te i we wte po pokoju, rozmyślając. Nagle usłyszałem refren: „Delilah, Delilah, I love you!” i... olśniło mnie!* Pomyślałem: „Cóż to za wymarzone imię dla psa, teraz będziemy mieli właśnie miot na literkę D!”, krzyknąłem zaś na cały głos „Mam imię!” i puściłem utwór od początku. Wszystkim spodobał się ten pomysł i od razu wpadłem na pomysł wymyślania muzycznych imion.
Ale wróćmy się jeszcze raz do początku, opowiedzmy trochę o tym utworze.
Delilah była (bo zapewne już nie żyje) ulubionym kotem Freddiego Mercurego. Zresztą wokalista był wielkim miłośnikiem kotów, o czym wiedzą doskonale wszyscy jego fani (na teledysku do przejmującego „These are the days of our lives”, wychudzony, zżerany chorobą śpiewał mając na sobie koszulę z kotami). Stworzony zaś właśnie na cześć tego kota utwór jest tak dziwny, niestandardowy i zarazem fascynujący głównie z tego powodu, że podczas niego możemy usłyszeć... wszystkich muzyków z grupy naśladujących miauczenie kota, co potem Brian May próbuje wykonać także na gitarze. Poza tym piosenka ta jest bardzo melodyczna i co by tu jeszcze powiedzieć... ma w sobie to magiczne „coś”, co przyciąga i wywołuje odruch „a może jeszcze jeden raz?”. Muszę się uczciwie przyznać, że spodobała mi się już podczas pierwszego wysłuchiwania Innuendo. Zresztą sami przekonajcie się jak brzmi na zamieszczonym niżej filmiku.
Delilah, nie ukrywajmy, nie jest skomplikowanym imieniem. Ale wszyscy wiemy doskonale, jak czasem pod jednym lub kilkoma prostymi słowami może kryć się prawdziwa magia i jak potrafią być one niezwykłe, głębokie, posiadające drugie dno – czasem należy się tylko nad nimi dłużej zastanowić, by to dostrzec, czasem z radością odczuwamy to od razu.

·        * Nie, panie i panowie, to absolutnie nie było tak. Nie wypadłem z domu, obiegłem go kilka razy, zatrzymując się przy frontowych drzwiach, waląc w nie głową i pięściami i krzycząc z ekscytacją w głosie „To jest to!”. Oj nie, ja tak nie robię...**
·        ** Wśród fanów krąży anegdota, że gdy Bob Dylan po raz pierwszy usłyszał „House of the Rising Sun”, rock'n'rollową aranżację klasyka, zatrzymał się, wysiadł na środku ulicy z samochodu, biegiem okrążył go pięć razy i zaczął walić głową w maskę, krzycząc „To jest to!”. Później jednego z najważniejszych posunięć artystów w historii muzyki: zelektryfikował się, zmieniając swój wizerunek z artysty folkowego śpiewającego protest-songi na koncertującego z gitarą elektryczną. Tak tworzą się legendy...

Z czystego sentymentu postanowiłem też wymienić jedno ładne imię, które jednak nie mogło być nadane żadnemu szczeniaczkowi: z powodu zbyt trudnej pisowni i wymowy (zaraz sami się przekonacie). Cóż, coś za coś...

D'Yer Mak'er – nazwa, jak znakomita większość spośród tego miotu, jest ściśle powiązana z muzyką. I tym razem jest to tytuł piosenki utrzymanej w rytmie reggae autorstwa Zeppelinów. Traf chciał, że panowie z zespołu umieścili ją akurat na tym samym albumie co Dancing Days...
Również jest lekka w odbiorze, odróżnia ją tylko charakter miłosny, i, co najważniejsze, specyficzny rytm utrzymany w gatunkach reggae i dubu, które przybyły do nas z Jamajki w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku (Oh (razy 6), you don't have to go, oh,oh, oh, oh). Tak też nazwę D'Yer Mak'er powinno się właśnie wymawiać: niczym wyraz Jamajka w języku angielskim. Nie Dire Maker, jak to zwykł się śmiać z Amerykanów Robert Plant, zupełnie omijających apostrofy. Co ciekawe, sam zwrot nie przewija się w żadnym momencie pomiędzy zwrotkami utworu. Muzycy z LZ wyjaśnili pochodzenie tytułu, na który miał wpływ żart, gra słowna o Jamajce: (ang: "My wife's on vacation in the West Indies." "Jamaica?" "No, she went of her own accord."). A jak wiadomo, takich gierek dosłownie tłumaczyć nie można... (to będzie praca domowa;).
Jak sami się przekonaliście, to imię naprawdę nie jest łatwe. Choć z pewnością urody w wymowie i pisowni (a jakże, co trudne, jest bardzo fascynujące) mu nie brak, a piesek raczej nie miałby nic przeciwko nie mu... to jednak, pomimo moich usilnych próśb postanowiliśmy z niego zrezygnować. Pomyśleć tylko co by było, gdyby sędzia na wystawie miał wypisać psu ocenę, wypisując przecież jego imię. A błędach, jakie pewnie byłyby popełniane w katalogu już lepiej wspominać nie będę...

 ****

Hej, zasłońcie już scenę kotarami! Czas już kończyć to dziwaczne przedstawienie, jest późno, a ja jestem już zmęczony, muszę iść się położyć. Jak sądzicie, udało nam się? Johny i Bobby, podziękujcie publiczności, powiedzcie, że niedługo nastąpi ciąg dalszy, tym razem na literę E! Caroline, wie pani może, gdzie podziała się moja kurtka? Ach tu jest... - zorientował się prezenter, wychodząc bocznymi drzwiami i mrucząc cicho pod nosem – Czeka mnie kupa roboty (zawołam siekieratki). Litera E jest trudniejsza od D, ale jakoś sobie poradzimy, w końcu od czego mam mózg... a to co trudniejsze niezwykle często bywa i piękniejsze.

Mikołaj Wyrzykowski
autor recenzji muzycznych w czasopiśmie Action Mag i muzycznych portalach internetowych

Rozgarty, 23.04.2011 Wigilia  Wielkanocy




0 komentarze: