Zapiski przyjaciela collie.

Z kopyta po pączku

czwartek, 16 lutego 2012
Z rana rozmawiam z koleżanką przez telefon, która zadaje mi pytanie
- Jadłaś już pączka? Bo my właśnie wciągamy kolejne chruściki - przy czym słyszę odgłosy kuchenne połączone z mlaskaniem.  
- Ja niestety jeszcze bez tłustego i słodkiego, czekam na dostawę, jeszcze nie dotarła.- odpowiadam- Ale pocieszam się, czekającym mnie popołudniowym kuligiem. Wiesz konie, sanie, las, pochodnie, grzaniec, kiełbaski. Jedziesz?
W słuchawce chwila zastanowienia i decyzja- pewnie, jedziemy. Niech żyją szybkie decyzje.
I tak oto, nadal pozostawałam bez pączków, jednak powiększeniu uległa grupa kuligowa.  Będzie nas razem około 30 osób.
Przedziwny ten dzisiejszy dzień. Wreszcie jest śnieg jak w bajce, temperatura -4 stopnie i przy tym świecie słońce. Jedyna uciążliwość to brodzenie w śniegu, ale jeśli potraktować to, jako zabawę? 

  Od lewej BIG DREAM Grenwood FCI, od prawej DELILAH Grenwood FCI (11m-c)


Wyruszyłam z kudłatą bandą na pobliskie pole. Długie nosy zanurzają się w śniegu, rozwiane futra w czasie biegu wznoszą śnieżynki w powietrze. Piękniej już być nie może.



("Music courtesy of Kevin MacLeod (www.smartsound.com/royalty-free-music/incompetech)".
Link do filmu


Kiedy zegar w kościele wybijał godzinę dwunastą pod bramę zajechała pączkowa dostawa od Ewy. Jak ona umie piec pączki! Nie wiem czy kiedyś odważę się podjąć to ryzyko. Z wielkim talerzem wchodzę wreszcie do domu wołając głośno:
- Mamy pączki, mamy paczki.
Z kuchni słyszę szybkie odgłosy zbiegającego po schodach Mikołaja i zaczynamy konsumowanie tłustego czwartku. Przyznam się, zjadłam pięć na raz popijając filiżanką kawy, pięć w samo południe. Mikołaj zażył o jednego pączka mniej. Niech żyją pączki i niech żyje Ewa!

 
Wreszcie nadeszła godzina kuligu. Na polanie gromadzi się coraz więcej ludzi. Przedstawiamy się sobie, całujemy niczym Eskimosi nosek w nosek. Przyjaciółka chcąc przedstawić mnie swoim koleżankom mówi:
- Przedstawiam mojego collie taty......- i zabrnęliśmy w collie róg- ech jednym słowem dokończyła- po prostu rodzina.
 Zrobiło się jakoś cieplej.
Z daleka zobaczyłam nadjeżdżające zaprzęgi.  Dzielimy się w grupy pakując się w sanie. Ja przysiadłam przy woźnicy, tak żeby czuć śnieg padający spod kopyt i ten pęd powietrza. Lubię takie życiowe doświadczenia. Najpierw kręcimy kilka kółek po polanie. Ech w oczy wpadało, aparat mi zawiało śniegiem, co widać na filmie, ale się działo. Ruszamy w ciemny las oświecony tylko naszymi pochodniami.





("Music courtesy of Kevin MacLeod (www.smartsound.com/royalty-free-music/incompetech)".
Link do filmu

Film nagrałam tylko do pewnego momentu, kiedy jeszcze było coś widać, a i ręce moje miały siłę naciskać mały guziczek od aparatu.

Postój w lesie, śpiewy cygańskie. Nie wiem, co cyganie mają do zimowych kuligów, ale atmosfera zdecydowanie się podgrzała. Nawet zamarzyły nam się w środku zimy tabory cygańskie z akordeonem i gitarą. Śpiew, podrygiwania w strojach zimowych i gorące wino. Znowu jedziemy wracając na polanę. Rundka honorowa. Po polanie pomiędzy odgłosem dzwoneczków niesie się śpiew z kołujących sani - "Ale fajnie, ale fajnie tutaj jest....".
Przed konsumpcją sięgam do kieszeni kurtki próbując w niej znaleźć schowane pieniądze za kulig. Wywracam kieszenie i nic. Musiałam zgubić. Tak bywa. Więcej nie miałam. Byłam wśród znajomych, którzy jeszcze coś mieli w portfelach. Byłam poratowana. I całe szczęście. A gdyby tak, przyszło mi odsłużyć kulig wieczorną pracą w stadninie!! Po takie zabawie miałam już mało siły...
Przy ognisku urządziliśmy konkurs piosenki o kwiatach, moja grupa odpadła. Piosenki o zwierzętach, też odpadliśmy, ale udało nam się pociągnąć nieco dłużej śpiewając. Czy wiecie na czym polega taki konkurs?  Otóż trzeba zaśpiewać jak najwięcej piosenek, które w treści mają zwierzęta np. Pieskie małe dwa, Widziałam orła cień, Mój sokole, Puszek okruszek, Biały miś....

W czasie ogniska nie dawała mi spokoju jedna myśl.
- Słuchajcie, kto dzisiaj zjadł najwięcej pączków? Ja w samo południe zjadłam od razu pięć! Kto da więcej?
- A ja zjadłem dzisiaj 12 pączków- wyrzucił z siebie siedzący naprzeciwko mnie chłopak. 

Tego wieczoru dla wszystkich zgromadzonych to był mistrz tłustego czwartku. Ja dałam radę tylko sześciu, bo na koniec znowu była pyszne pączki. Dziękuję za pączki, wspólne śpiewania przy ognisku, może spotkamy się po cygańsku?


2 komentarze:

  1. Anna pisze...:

    To był niezapomniany dzień. Pączki, śnieg, kulig, ognisko, śpiewy. Teraz trzeba czekać do kolejnej zimy.