Zapiski przyjaciela collie.

Collie i Bob Dylan

niedziela, 9 października 2011
Z głośników rozchodzi się po całym domu piosenka Boba Dylana, kolejna i jeszcze jedna. Tłumaczymy słowa. Miniony tydzień to wiele emocji, czas przygotowania i czas występu. Czarna koszula w białe grochy, której znalezienie należało do wyczynu na miarę poszukiwania grzybów w suchym lesie. Okulary słoneczne o dylanowskim kształcie, których przymierzanie wywoływało wiele emocji i uśmiechów.


I wreszcie ćwiczenie na harmonijce w jesiennym słońcu, w otoczeniu fanów...... Jak pisze Dylan w  jednej ze swoich piosenek - "czas warty zachowania".
AW

***
Recenzja"The Essential Bob Dylan"
Kiedy pierwszy raz słuchałem Boba Dylana, wracając ze świeżo zakupioną płytą samochodem, czułem się, jakbym jego głos przeniósł mnie do zupełnie innego wymiaru. Tu wokal nie był jedynie dodatkiem do elektrycznej partii instrumentalnej, nie było nic za dużo ani za mało: jedynie gitara z harmonijką ustną oraz magiczny, przyciągający, głęboki, niepowtarzalny (jak go jeszcze można nazwać?) głos Dylana, wyśpiewującego pieśni protestu przeciw otaczającemu go światu. Czułem się, jakbym został zamknięty w jakiejś magicznej kuli, gdzie mogło nie być nic, jedynie jego głos, śpiewający cokolwiek, a ja i tak bym go słuchał. Do tej pory gdy go słucham, przed oczami pojawiają mi się łany zbóż, łąki, lasy, rzeki i zwykły chłopak z gitarą, który po prostu wychodzi przed dom i śpiewa, nie ukrywając się przed nikim prawdziwego siebie. Tutaj głos stał się słowami, zdawało mi się, jakby nie było żadnych przygotowań przed nagraniem, on po prostu wstał i zaczął śpiewać poezję, to, co mu leżało na sercu – i za to właśnie tak polubiłem jego muzykę i teksty.
Bo tu nie chodzi o skalę czy piękno głosu. Jest on niezwykły z tego powodu, że słuchając go, mamy wrażenie jakby płynęły z niego strumienie prawdy. I nawet już po zelektryfikowaniu się (graniu na instrumentach elektrycznych) Bob Dylan wciąż w tym temacie się nie zmienił, a jedynie poszerzył swoje horyzonty i ujrzeliśmy wręcz lepszego muzyka niż poprzedni, skromny chłopak z gitarą w ręku i harmonijką, którego tak uwielbiali fani folku. Nie myślałem, że Dylan miał aż taki wpływ na muzykę dopóty dopóki nie przeczytałem artykułów o nim, nie zobaczyłem list magazynu Rolling Stone, gdzie został on umieszczony na 7 miejscu najlepszych wokalistów wszech czasów, jego dwa albumy są w pierwszej dziesiątce „tych najlepszych”, zaś utwór „Like a Rolling Stone” zarobił sobie koronę króla jako najlepsza piosenka kiedykolwiek napisana, nie mówiąc o pozostałych jego utworach, umieszczonych na wysokich miejscach tej listy. Więcej już tu nie będę pisać, bo chyba to samo mówi o sobie i pokazuje, jak dobrym muzykiem jest Bob Dylan, sprawiając, że wielu ludzi kupuje jego nadal żywe płyty. Choć oczywiście nie wszystkim taka muzyka pasuje...

Nawet jeśli niebo zmęczyło się błękitem, nie trać nigdy światła nadziei” *
Biografii Boba Dylana tak łatwo skrócić się nie da, a to ze względu na jego wielki dorobek artystyczny oraz masę legend i anegdot, w jakie obrosło jego życie. Do tej pory napisano już wiele grubych tomisk opisujących jego historię, jak o niewielu artystach przed nim. Ale cóż, w końcu opisanie mitu, legendy może być nawet tak pracochłonne jak tworzenie majstersztyku, podziwianego przez masy ludzi...
Robert Allen Zimmerman (bo tak się naprawdę nazywał) urodził się 24 maja 1941 roku w amerykańskiej miejscowości Duluth, stan Minesotta. Już w najmłodszych latach uczył się grać na gitarze, później zaś swoje umiejętności poszerzył o grę na pianinie i harmonijce ustnej. Studiował jedynie kilka lat, gdyż bardziej interesowało go kawiarniane życie i występy w klubach, gdzie ukrywał swoje prawdziwe imię i nazwisko, grając pod pseudonimem Bob Dylan. Do dziś nie wiadomo do końca, skąd je wziął. Początkowo mówił o poecie Dylanie Thomasie, później o swym krewnym o nazwisku Dillon, a jeszcze kiedy indziej mowa była o bohaterze kreskówki. Bob Dylan zawsze lubił podawać błędne informacje o sobie, ironizować, pogrywać sobie z dziennikarzami - raz nawet poproszony o autoryzowany wywiad przeprowadził go sam z sobą i odesłał, o czym nikt się nawet nie spostrzegł i zostało to opublikowane – ale nie zmieniajmy tematu, idźmy dalej z historią.
W 1961 jeszcze jako zupełnie nieznany wokalista postanowił urzeczywistnić swoje marzenia i wyruszył do dzielnicy Greenwich Village w Nowym Jorku, gdzie począł grywać w małych klubach. Pewna anegdota mówi, że w jednym z nich, gdzie panowała zasada wolnej sceny, brzmiący jak beczenie capa głos wokalisty był używany jako skuteczny odstraszacz gości – właściciel klubu prosił Dylana by coś zaśpiewał, kiedy było już późno w nocy a on sam chciał zamykać budynek. 
Bob jednak się nie poddawał i wciąż próbował swoich sił w różnych miejscówkach, brał udział w sesjach innych muzyków i w końcu stało się – podczas jednej z nich został dostrzeżony przez producenta Columbii, Johna Hammonda i podpisał swój pierwszy kontrakt na płytę.
Powstały w zaledwie dwa listopadowe dni materiał stanowiły prawie w całości folkowe standardy, jedynie dwa utwory zamieszczone na tej płycie były autorstwa wokalisty. Te ostatnie zaczęły już w zupełności zapełniać jego kolejne folkowe płyty, czyli The Freewhylin' Bob Dylan oraz The Times They are A-changin', zawierające pieśni protestu o dość prostej melodii takie jak „Blowin' in the wind” czy „Masters of War”, które choć były silnie inspirowane już istniejącymi, starymi pieśniami, sławę zyskały sobie dzięki tekstom, gdzie Dylan śpiewał o błędach świata i nie bał się poruszać tematów, o których nawet nie wspominały wówczas rock'n'rollowe zespoły.

Jeśli czas jest dla was
Warty zachowania,
Lepiej zacznijcie płynąć
Lub pójdźcie na dno jak kamień,
Bo czasy się zmieniają.
Kto jest teraz przegranym,
Później zwycięży.

Takie przesłanie towarzyszyło albumowi The Times They are A-changin', gdzie Dylan był najbardziej surowy i radykalny w swych ocenach. Gdy tylko longplay ujrzał światło dzienne, sława dotąd nieznanego wokalisty poczęła rosnąć lawinowo, zaś przez wielu zaczął on być uważany za „Głos Pokolenia”.
Jednak niedługo potem ta przytwierdzona mu maska zaczęła go mocno uwierać, przez co na kolejnym jego albumie, trzeba powiedzieć, słabym, nie było już oskarżających świat i polityków utworów. Po niezbyt entuzjastycznym przyjęciu krążka Bob zrozumiał, że jeśli chce zmienić swoje oblicze, musi odrzucić nie tylko dotychczasowe teksty, ale i cały swój styl. Zaczął wtedy doceniać ambicję drzemiącą w rock'n'rollu i jego pochodnych, co doprowadziło do jego kolejnych koncertów i albumów nagrywanych wraz z grupą rockową oraz występowania idola fanów folku w ekstrawaganckich ubraniach oraz okularach przeciw słonecznych. I tu znów nie mogę się powstrzymać od przytoczenia pewnej ciekawej anegdoty: podobno gdy Bob Dylan jechał swym samochodem przez ulice pewnego amerykańskiego miasta, usłyszał w radiu rock'n'rollową aranżację folkowego utworu „House of the Rising Sun”. Wtedy to wdusił hamulec, z impetem otworzył drzwi i obiegł samochód dookoła pięć razy, waląc głową w maskę i krzycząc „To jest to!”. Wtedy to się zelektryfikował i dokonując jednego z najbardziej ryzykowanych posunięć w historii muzyki wydał album Bringing it all Back Home, który zawierał zarówno utwory nagrane z zespołem jak i te całkowicie folkowe (np. „Mr. Tambourine Man”). Zagorzali fani folku byli oburzeni, zaś otwierające album „Subterranean Homesick Blues” będące lawiną rzucanych aforyzmów o głębszym sensie było dla nich wręcz nie do zniesienia. Krytycy jednak o albumie wyrażali się nieco inaczej i bardziej pochlebnie, przez co Bob Dylan nie zaprzestał gry i wydał w 1965 roku kolejny, już całkowicie rockowy album Highway 61 Revisted, który zupełnie zamknął usta wszystkim dotychczasowym malkontentom. Zapomniano już o skandalu, który muzyk wywołał na Newport Folk Festiwal, gdzie wystąpił wraz z zespołem. Wszyscy zrozumieli, że mają do czynienia z nowym Dylanem, jeszcze lepszym niż wcześniej. Jego charakterystyczny image był rozpoznawalny wszędzie, sam muzyk stał się ulubieńcem mass-mediów. Dzięki wielkiej popularności singla „Like a Rolling Stone” zyskiwał sobie wielu nowych fanów, stał się żywą legendą – lecz, trzeba powiedzieć, nie do końca sobie z tym radził i szukał uspokojenia chociażby w małżeństwie z Sarą Lownds . Chwilę potem światło dzienne ujrzał album Blonde on Blonde, w którym piosenki tam zamieszczone takie jak „I Want You” o znaczącej grze perkusji i podkreślającej ją harmonijce, bluesowa „Just Like a Woman”, jedna z najbardziej kontrowersyjnych piosenek jego autorstwa a zarazem należąca do moich ulubionych nie pozostawiały fanom folku nic innego jak tylko zaakceptowania baaardzo dobrego kroku Dylana, którym była zmiana jego wizerunku. Absolutnie nikt nie śmiał już kwestionować jakości utworów, zresztą bardzo osobistych, zamieszczonych na tym longplayu.
W związku z zyskaniem ogromnej popularności Bob Dylan występował w masie koncertów, a jego trasa koncertowa w 1966 była chyba najbardziej niebezpieczna i eksploatująca w jego życiu – wygwizdywany przez europejską publiczność, pamiętającą go jeszcze jako folkowego wokalistę, był pod wielką presją, jednocześnie chcąc jak najlepiej wykorzystać dany mu czas. Wielu miało wtedy przeczucie, że Bob nie dożyje końca trasy.
29 lipca 1966 roku piosenkarz uległ wypadkowi motocyklowemu, co zmusiło go do zaprzestania destrukcyjnego trybu życiu i zaszyciu się w domu, by w końcu trochę odpocząć i zaznać chwili (dość długiej, trzeba dodać) spokoju.
Po tym zdarzeniu działalność Dylana stała się mniej intensywna, lecz wciąż miał on bardzo duży wpływ na kulturę. Zaczął pisać muzykę do filmów a nawet w nich występować, jak w "Pat Garrett And Billy The Kid", gdzie jedną z piosenek soundtracku było „Knockin' on Heavens Door”, wielki hit o prostym tekście i melodii – zawsze gdy słucham takich kompozycji mam wrażenie, jakby musiały one istnieć już od dawna, gdyż są tak proste a zarazem genialne: w końcu znakomita większość wielkich przebojów nie ma skomplikowanej budowy. Wielu wykonawców tworzyło covery tego utworu, jak chociażby Red Hot Chilli Peppers, lecz to wersja Dylana jest dla mnie głębsza i bardziej magiczna, mająca w sobie to przysłowiowe, przyciągające „coś”.
W czasie rekonwalescencji po wypadku Bob Dylan codziennie czytał Torę i Biblię, w wyniku czego powstał album John Wesley Harding, przynosząc chociażby taki utwór jak nieco złowieszcze„All Along The Watchtower”, ze słowami inspirowanymi najprawdopodobniej Księgą Izajasza. Zaś w roku 1978 Dylan już oficjalnie ogłosił całemu światu, że nawrócił się na chrześcijaństwo, co było zapoczątkowaniem powstania trzech longplayów zawierających rock biblijny.
Gdybym chciał opisać dalsze lata aż do dnia dzisiejszego, kiedy to niedawno artysta ten skończył okrągłe 70 lat, niechybnie skończyłbym z siwą brodą dłuższą od tego tekstu. Powiem tylko, że wciąż pisał, grał (najważniejsze było otrzymanie Oscara za ciekawą piosenkę „Things Have Changed” z filmu „Wonder Boys”), występował w filmach, malował, będąc w stałym dialogu z publicznością i mimo wielu zmian, jakich wciąż dokonywał, pozostawał wciąż tym samym Dylanem sprzed lat. Jak sam jednak mówi, „nadal nie przyjmował do wiadomości mitu Boba Dylana. Bo mity nie piszą piosenek...”

Człowiek osiągnął sukces, jeżeli wstaje rano i kładzie się spać w nocy, a pomiędzy tym robi to, co zamierzał” *

Przez ile dróg musi przejść człowiek
Nim nazwiesz go człowiekiem?
(...)
Tak, i jak długo muszą latać kule armatnie
Nim zostaną na zawsze zakazane?
Tak, i jak wiele uszu musi mieć człowiek
By mógł usłyszeć ludzki płacz?
Tak, i jak długo człowiek może odwracać głowę
Udając że nic nie widzi?
Odpowiedź, przyjacielu, niesie wiatr
Odpowiedź przyniesie wiatr

Tymi słowami klasyka „Blowin' in the wind” rozpoczyna się cała płyta, wraz z kilkoma kolejnymi piosenkami przedstawiając nam Dylana jako skromnego chłopaka z prowincji, wyśpiewującego hymny pokolenia poddające w wątpliwość panujące ówcześnie prawa i zasady. Trzeba jako ciekawostkę dodać, że tekst tej piosenki został kiedyś umieszczony jako poezja w podręcznikach do języka angielskiego zamiast klasycznych dzieł Szekspira (co wywołało wówczas pewne kontrowersje). Dalej mamy chęć nadania sobie nowego oblicza w takich piosenkach jak wspaniałym „Mr. Tambourine Man”, którą Oliver Trager uważa za najgłębszy wiersz Dylana, mówiący o dotarciu do swego drugiego oblicza, gotowości do pójścia gdziekolwiek, w tym do odejścia w cień oraz miłosne „It's Alll over Now, Baby Blue” i „It Ain't Me Babe”, opowiadające o kobiecie, która szuka mężczyzny zdolnego poświęcić dla niej wszystko, zawsze silnego i nigdy nie słabnącego, zaś bohater utworu (Dylan) przekonuje ją o swej bezwartościowości i o tym, że nie jest „tym, którego szuka”.

Starałem się jak mogłem, by być sobą
ale każdy chce zrobić z ciebie takiego samego jak inni.
Śpiewają podczas niewolniczej pracy i właśnie zaczęli się nudzić.

Kolejne utwory pochodzą już z okresu po zelektryfikowaniu się Dylana, jak chociażby bodaj największy hit Boba, szybkie, jakby staczające się z góry „Like a Rolling Stone”, gdzie w swoich „wymiotach” (jego własne określenie) opisuje bogatą, zapatrzoną w siebie dziewczynę, która poznała, czym jest bieda, bycie włóczykijem, „Subterranean Homesick Blues” przekonujące, że „nie potrzebujemy pogodynki, by wiedzieć w którą stronę wieje wiatr”, jak i „Maggie's Farm”(z którego wynika, że wszyscy pracujemy na czyjejś farmie), przy którym zatrzymam się chwilkę dłużej. Utwór ten powinien przejść do historii już jedynie dlatego, że jako pierwszy został zagrany podczas skandalu wywołanego na festiwalu w Newport, kiedy Bob wystąpił razem z zespołem rockowym. Legenda głosi, że Dylan zdołał zagrać jedynie trzy utwory, gdyż został uznany za zdrajcę ideałów i wybuczany przez publiczność, po czym popłakał się i wrócił już jedynie z gitarą akustyczną w ręku, by ze skruchą zagrać „Mr. Tambourine Man”. Zaś rozwścieczony Pete Seeger pod wpływem nagłego, gniewnego impulsu usiłował siekierą przeciąć przewody, czemu starał się przeszkodzić menadżer Albert Grossman, co zaowocowało bójką obu panów.
Prawda zaś była taka, że publiczność była już przygotowana na elektryczny występ Boba Dylana, problemem, przeciwko któremu protestowała, było jedynie nagłośnienie, które sprawiało, że prawie zupełnie nie było słychać głosu wokalisty. Pete Seeger usiłował przeciąż kable, bowiem nadchodziła burza i bał się o zdrowie muzyków. Zaś Bob skończył swój elektryczny występ jedynie na trzech utworach, gdyż tylko tyle zdołał przygotować. A po jego twarzy spływały jedynie krople padającego deszczu...

Każdy nowy dzień zaczyna się głęboką nocą”*
Zaledwie cztery dni po tym wydarzeniu nagrana została niezwykle ostra (słownie), gorzka piosenka „Positively 4th Street”, w której Dylan wyrażał swoją jadowitą reakcję na krytyki, chciał zażegnać wszystko, co było za nim, wywołać wrażenie, jakby utwór był adresowany do każdego z krytyków („Pragnę abyście chociaż raz stanęli w moich butach, wiedzielibyście, że jak bardzo nie chcę was widzieć”).
Kolejnymi piosenkami, skłaniającymi już pierwszą płytę tej składanki ku końcowi są sprawiające wrażenie wielkiej parady z mocno wyczuwalną grą bębnów „Rainy Day Women #12 & 35” wraz z pozostałymi dwoma utworami z Blonde on Blonde, a także „Lay, Lady, Lay”, gdzie miałem wręcz wrażenie, że tego nie śpiewa Dylan (choć tak naprawdę śpiewał to on sam, jedynie zmieniając barwę głosu), „If Not For You” mówiące o osobie myślącej, że jest najważniejsza na świecie („Co byś zrobiła, gdyby się okazało, że niebo nie zostało stworzone specjalnie dla ciebie?”), jedna z moich ulubionych piosenek o dość chaotycznym tekście, ze słynnym woodstockim zawołaniem ”Whoo-whe!”, czyli „You Ain't Goin' Nowhere”, jak i smutne „I Shall Be Released” z bardzo ciekawą grą na harmonijce, będąca jedną z piosenek Dylana, które scoverował Elvis Presley. A gdy już zapukamy do niebios bram, do naszych uszu dojdzie historia kończącego się związku piosenkarza z Sarą Lownds, („Tangled Up in Blue”), całą płytę zaś kończy jedna z piosenek, które Bob Dylan zagrał dla Jana Pawła II, a mianowicie „Forever Young” (nikomu chyba nie muszę opowiadać, o czym ona traktuje.

Kryminaliści w krawatach doczekali w końcu
Swojego martini i swych wschodów słońca.
Rubin jak Budda w celi trzy na trzy,
Niewinny człowiek w piekle zamknięty.
Oto opowieść jest o Huraganie
Co wiele lat przesiedział za nic...
Pewnego dnia z pomocą Przyjaciół
Wyszedł, choć dożywocia miał trzy i właśnie wtedy został
Mistrzem Świata!


O drugiej płycie będę miał tu do powiedzenia nieco mniej, bowiem muszę się przyznać, że materiału pochodzącego z późniejszych lat słuchałem trochę rzadziej.
Może po prostu mniej mi się podoba starszy, bardziej ochrypły głos Dylana, sądzę jednak, że płyta druga jest gorsza z powodu mniejszej wyrazistości, piosenek śpiewanych z mniejszym zapałem i ekspresją. W niektórych utworach jest jak dla mnie również nieco za dużo instrumentów elektrycznych, a za mało akustyka i harmonijki – ale cóż, artysta rozwija się w wybranym dla siebie kierunku, czasem lepszym, czasem gorszym). Oczywiście nie mówię tu o wszystkich kompozycjach – całe szczęście większej części z nich słucha się wciąż z wielką przyjemnością.
Płytę vol. 2 rozpoczynają dwie, prawie jedyne na tym krążku piosenki grane na gitarze akustycznej z małymi dodatkami, takie jak np. skrzypce w „Hurricane” , najdłuższym utworze na składance trwającym około 8 minut. Jest to rozległa opowieść traktująca o czarnoskórym bokserze Rubenie Carterze (pretendentowi do mistrza wagi średniej), który został niesłusznie skazany na dożywocie za mniemane zabójstwo trzech osób w restauracji. Dopiero po 20 latach sędzia uznał, że wyrok był niesłuszny, oparty na fałszywych tropach i zeznaniach, więc wypuścił boksera wraz z jego przyjacielem z więzienia. Dylan przedstawił proces jako akt rasizmu przeciw Rubenowi, który zresztą walczył o prawa Afroamerykanów.
Zanim jednak poznamy historię „Huraganu”, uraczymy się „Kryjówką od Sztormu” w piosence o takim samym tytule i ciekawym, choć prostym rytmie – to tutaj możemy doświadczyć, jak to jedynie słowa i `dołożona do nich melodia wraz z gitarą potrafią tworzyć w naszej głowie przeróżne, czasem dziwaczne obrazy. Dalsze kompozycje są prawie w całości nagrywane z zespołem rockowym. Czasem wychodzi im to na dobre: jak nagrane w formie spokojnej, prawie mówionej ballady „When The Deal Goes Down” , śpiewane szybciej i, można powiedzieć, z pazurem „Dignity”, gdzie w końcu usłyszeliśmy energię wciąż drzemiącą w głosie wokalisty czy „Gotta Serve Somebody” z chórkami akompaniującymi Dylanowi, gdzie aż chciałoby się kołysać w rytm. Czasem jednak wcale nie jest to ich plusem: jak np. w trochę zbyt głośnym i mało melodyjnym „Groom's Still Waiting at the Altar”, mało wyrazistym i tym razem już zbyt spokojnym „Mississippi” czy „Everything is Broken”, napisanym jak na mnie szybko i jakby na siłę.
Ale do drugiej płyty wcale nie należy się zniechęcać, gdyż i tu Dylan nie stracił swojego talentu kompozytorskiego i nadal tworzy wielkie dzieła, czasem nawet lepsze od utworów zgromadzonych na płycie pierwszej. Jest nim z pewnością „Blind Willie McTell”, klimatyczna ballada z towarzyszeniem pianina i gitary akustycznej, napisana w hołdzie dla bluesowego śpiewaka o właśnie takim pseudonimie, którego wielkim fanem był Bob Dylan („I nikt już więcej nie zaśpiewa bluesa tak pięknie, jak Blind Willie McTell...”). Muszę się szczerze przyznać, że jestem fanem tego dzieła, w którym wokalista udowadnia, jak wiele siły pozostało jeszcze w jego głosie i ile pomysłów na nowe, wspaniałe piosenki wciąż błąka się po kątach jego umysłu. Należą do nich dwie kolejne ballady: miłosna „Make You Feel My Love” nagrana również z towarzyszeniem pianina oraz „Not Dark Yet”, jeden z utworów, którym delikatnie grające instrumenty elektryczne zdecydowanie wyszły na dobre. „Jokerman” zaś wyróżnia się wyczuwalną grą na bębnach, gdzie reszta instrumentów gra raczej cicho, pozostawiając pole do popisu im jak i wokaliście. Nie można zapomnieć też o „nie ogłupiającej i nie porywającej do tańca” „Things Have Changed”, którą „raczyło dostrzec jury”, wręczając Dylanowi statuetkę Oscara (to chyba mówi o jej jakości już samo za siebie).

Strzeżcie się łazienek, gdzie nie piszą na ścianach” *

Kiedy deszczem wieje Ci w twarz
A cały świat masz w swej walizce
Mogę Ci zaoferować gorące objęcie w mych ramionach
Byś poczuła mą miłość

I to by było na tyle, co do opisywania utworów zgromadzonych prawie chronologicznie na tych dwóch krążkach.
Jeśli ktoś nadal nie jest przekonany, niech po prostu posłucha któregoś z nich (niestety na Youtubie znaleźć więcej piosenek Dylana jest ciężko)– gwarantuję, ze uszy nikomu nie odpadną a twarz od słuchania mu się nie wykrzywi. Lecz jeżeli ktoś szuka skomplikowanych, podniosłych, majestatycznych, mocniejszych utworów o rozbudowanej części instrumentalnej i wokaliście potrafiącym sięgnąć kilku oktaw – w takim razie zapukałby do nieodpowiednich drzwi. Bob Dylan nie jest wirtuozem gitary („solówki” wykonuje harmonijką), nie ma wielkich możliwości głosowych, nie tworzy skomplikowanych utworów o niespotykanym rytmie – to tak naprawdę jedynie zwykły chłopak z prowincji, przede wszystkim poeta śpiewający swoje wiersze tak, a nie inaczej, jakby zupełnie spontanicznie, dla którego muzyka jest życiem – pragnął być niezauważalny, a stał się żywą legendą, uwielbianą przez masy czasem fanatycznych wielbicieli, dla których jego 40 albumów studyjnych to jedynie podstawka. Sam często wszystkiemu zaprzecza, podaje błędne tropy, droczy się z dziennikarzami, wypowiada zdania, które mają sens tylko dla niego (a może i nie?), nawet wydaje zupełnie słabe płyty i często znika, by ludzie po prostu nie zwracali na niego tyle uwagi – bo w końcu jest to tylko jeden z nas, a przecież nie wszyscy zostali stworzeni do bycia „Głosem Pokolenia”, zaczepianym przez każdego, zwykłego człowieka napotkanego na ulicy.
Jest jednak coś w jego piosenkach, co wciąż przyciąga tłumy i przysparza mu nowych fanów. Choć w dzisiejszych radiach nie puszczają już utworów Boba Dylana, świadectwem na to, iż jego legenda wraz z tym, co stworzył są żywe jest chociażby właśnie ta składanka. Zabiera nas w podróż po najważniejszych punktach trasy jego muzycznej i poetyckiej twórczości, udowadniając, że niektóre z utworów zgromadzonych na The Essential... nigdy nie zginą. I choć zawsze jest szkoda, niektórzy będą narzekać, iż nie został tu umieszczony jego ulubiony utwór, jak np. „Desolation Row” czy „Visions of Johanna”, lecz jak powiedział sam Dylan „trzeba przyjmować rzeczy takimi, jakimi są, bez wcześniejszego ustalania, jakimi powinny być”. Tak wielkich Artystów jak on (specjalnie podkreślę to słowo) powinno się poznawać krok po kroku, płyta po płycie, chociaż oczywiście taka, wydana całkiem niedawno składanka (nieznacznie różni się utworami od jej innej wersji), pozwala nowym fanom zapoznać się z całokształtem twórczości Boba Dylana. Jest też doskonałym przykładem na to, że piosenkarz wraz z wytwórnią nadal pozostaje w czynnym dialogu ze swymi słuchaczami i mimo wielu zmian, które dokonuje w swym życiu, cały czas „próbuje pozostać sobą, ktokolwiek to nie jest”.

Mikołaj „Mikiotor” Wyrzykowski
Recenzja ukazała się na płytce" CD Action" -Action Maga  

(*) Są to cytaty z Boba Dylana. Polecam również pogrzebać trochę w Internecie i odnaleźć jego pozostałe słowa, czasem mądre i ciekawe, zabawne, czasem pełne ironii i sarkazmu lub zupełnie bez sensu, jak jego komentarz, gdy zobaczył siebie w „Don't Look Back” - „Boże, cieszę się, że nie jestem mną” czy stwierdzenie ni z gruchy ni z pietruchy, „Strzeżcie się łazienek, gdzie nie piszą po ścianach”, którego głębszy sens poznałem dopiero niedawno. 


0 komentarze: